Historia Paralotniarstwa w Przylepie


   Na początek uwaga ogólna. Z jednej strony pionierom jest ciężko, bo nie mają od kogo się uczyć i każdy postęp okupiony jest dużym nakładem czasu i sił, a czasem i ofiarami (oby nie tymi największymi), a z drugiej strony łatwiej, gdyż fakt, że robią coś jako jedni z pierwszych wzbudza zachwyt i entuzjazmu nich samych, oraz u tych, którzy ich podglądają i może trochę zazdroszczą ... i tej atmosfery nie da się już powtórzyć, gdy rzecz powszednieje.

   U mnie zaczęło się to od tego, że w 1994 r. natknąłem się na wystawie sklepowej na Krupówkach w Zakopanem na dużą rozwieszoną tam mapę z zaznaczonym śladem przelotu na paralotni w poprzek niemal całych Polskich Tatr. Natychamist uznałem, że właśnie "szmata" może być dla mnie sposobem na realizację marzeń o lataniu. W 1995 r zapisałem się na kurs paralotniowy w Zakopanem u Andrzeja Bachledy Żołnierczyka i na zakończenie tego kursu wykonałem  pierwszy w życiu poważniejszy lot ze stoku Nosola (ale tylko z połowy!).Ogarniety gorączką latania natychamist zakupiłem od rzeczonego Jędrusia uprząż oraz skrzydło paralotniowe, które się następnie okazało nie nadawało się do niczego (sprzedawca sam był zdziwiony, gdy mu za nie zapłaciłem). Tak wyposażony przez jakiś czas po powrocie do domu szukałem niezmordowanie w okolicach Zielonej Góry miejsc do latania.

   Raz chyba udało mi się oderwać na 1 cm od ziemi pod Płotami. Później ruszyłem w stronę Jeleniej Góry w poszukiwaniu większych górek, ale beż pozytywnego rezultatu. Załamany niepowodzeniami uznałem kategorycznie, że wyjściem z impasu będzie zakup napędu. Nie zwlekając wybrałem się (już 1996 r) do Kielc i tam po zapłaceniu majątku Wojciech Pierzyński wydał mi nowiutki sprzęt, z którym bez zbędnytch ceregieli podjechaliśmy na  pobliską łączkę. Napęd był tak zrobiony, że z największym trudem mogłem się po jego założeniu utrzymać na nogach (próba samodzielnego wstania, lub wykonanie choćby jednego kroku, w którąkolwiek stronę, w przypadku mojej wątłej osoby groziło nieszczęściem). Podtrzymany zatem z obu stron przez dwóch pomocników, zostałem przy bardzo silnym wietrze wypuszczony do pierwszego w życiu (i bardzo krótkiego) lotu motorowego, który zakończył się miękkim czteropunktowym lądowaniem. Miałęm więc już wszystko!

  Dni zimowe 1996 r spędziłęm na treningu samodzielnego wstawania z podłogi, a noce na marzeniach o podniebnych eskapadach (wzmocnionych zapachem benzynyparującej z przechowywanegop w mieszkaniu silnika). Aż wiosną 1997 r nadszedł pierwszy nadający się do celów lotniczych dzień. Wybrałem się zupełnie samotnie na wypatrzony wcześniej rozległy ugór nieopodal Milska. Co tam się działo wspominam do dziś z największym przerażeniem, a szef wyszkolenia Aeroklubu w Przylepie - Leon Kossiński, słuchając później moich relacji, podsumował to następująco: miałeś chłopie wielkie szczęście, żeś się nie oderwał od ziemi. Ciężko przygnębiony takim rozwojem wypadków zbierałem siły do następnego ataku, gdy przypadkowo napotkanu na lotnisku Jacek Jaryczkowski (który wiedział już co nieco o moich perypetiach) wypowiedział słowa, które dźwięczą mi w uszach do tej pory: "he he ... lato minie, a Ty nie zaczniesz latać". Wyrwany taką "zachętą" z odrętwienia, szybko nawiązałem kontak z Witkiem Kaczyńskim we Wrocławiu i powiedziałem mu tak: "kupię od Ciebie nową parolotnię, pod warunkiem, że nauczysz mnie na niej latać z napędem". Witek chętnie się zgodził i jeszcze tego lata 1997 r (wraz z licznie występującymi po dopiero co minionej dotkliwej powodzikomorami) po wyczerpujących wielodniowych próbach  na różnych skrzydłach  w dyspozycji mojego instruktora (w tym na tandemie) wykonałem pierwsze "prawdziwe", wysokie loty i długotrwałe loty. Warunek został spełniony, więc zakupiłem nowe skrzydło "PARATECH" (które mam do dziś). Należało się po raz pierwszy pochwalić zdobytymi umiejętnościami na rodzimym lotnisku. Starty jednak wciąż nastręczały mi mnóstwa trudności (z powodu olbrzymiej wagi napędu oraz znacznego odsunięcia jego środka ciężkości od kręgosłupa). 

 Jakoś w tym czasie przyszedł kiedyś do mnie Grzegorz Litecki i tak się poznaliśmy (swoimi karkołomnymi naziemnymi ewolucjami utwierdziłem go wówczas w przekonaniu, że moto parolotnie to nie jest dobry pomysł). Gdy stało się jasne, że pomimo licznych prób i treningów w Schwarzenegera się nie zamienię, wspólnie z Jackiem Jaryczkowskim ( który w tym czasie mocno się już w to moje/nasze latanie zaangażował i był niezmiernie pomocny) uznaliśmy, że sprzęt trzeba odchudzić u Igora Miłoszewskiego w Szczecinie. Dopiero po tej przeróbce zaczęliśmy  sobie w miarę bezstresowo polatywać tu i tam po bliższej i dalszej okolicy, ale na tym, już kończy sie etap pionierki, bo na scenie zjawił się Michał Cieciera, a wkrótce po nim inni.

stat4u